Sejmometr to portal umożliwiający obserwowanie prac Sejmu RP

Zaloguj się, aby uzyskać dostęp do wszystkich funkcji.

Karolina Elbanowska

Pani Marszałkini! Wysoka Izbo! Po kolei, mam nadzieję, uda mi się w skrócie przedstawić odpowiedzi Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej. Pan poseł Kłosowski mówił, że jego projekt ma na celu uspokojenie emocji związanych z reformą polegającą na obniżeniu wieku szkolnego. Naszym zdaniem tutaj nie o emocje chodzi, ale o przygotowanie szkół.

Dlatego wszelkie działania polityków, władz oświatowych powinny mieć na celu nie uspokajanie emocji, ale doprowadzenie do porządku stanu oświaty. Kolejne stanowisko to było stanowisko klubu PO przedstawione przez pana Wiesława Suchowiejkę. Pan poseł mówił bardzo dużo o tym, jak wspaniale jest w szkołach, o tym, że ten obraz, który przedstawiliśmy, recenzując raport, jest obrazem zbyt czarnym. A ja z kolei odniosłam wrażenie, że pan poseł mówi o jakiejś alternatywnej rzeczywistości, nie tej, w której uczą się polskie dzieci. Kiedy antidotum na wszystkie problemy, o których mówiliśmy – stołówki, dowóz dzieci, świetlice, hurtowe klasy itd.

– odpowiedzią rządu i ministerstwa na to jest program wesoła szkoła, to przypomina mi się słynna…

(Poseł Ewa Żmuda-Trzebiatowska: „Radosna szkoła”.)

Tak, „Radosna szkoła”. …wypowiedź Marii Antoniny, że skoro nie mają chleba, to czemu nie jedzą ciastek. Wesoła, radosna szkoła, te plastikowe gadżety, które zakupują szkoły, nie rozwiążą problemów, z jakimi boryka się oświata. Ktoś tutaj mądrze powiedział, że to jest ozdobnik, natomiast nie rozwiązuje to problemów. Pan Zbigniew Włodkowski z PSL mówił, iż według niego trudno znaleźć szkoły, gdzie woda jest zimna.

Odsyłam do prasy lokalnej, „Dziennika Bałtyckiego” bodajże sprzed tygodnia. Co ósma szkoła na Pomorzu niestety nie ma ciepłej wody, nie ma mydła, nie ma papieru toaletowego. To nie są już dane podmiotu społecznego, to są dane przygotowane przez sanepid, czyli organ reprezentujący państwo. Co do wypowiedzi różnych posłów to nie na wszystkie pytania da się szczegółowo odpowiedzieć. Posłowie mówili o tym, że są rodzice, którzy są zadowoleni z tego, że posłali dzieci do I klasy, i że my tutaj w jakiś sposób oskarżamy tych rodziców.

Ależ absolutnie nie. Tutaj dzisiaj była, ale już musiała wrócić do dzieci, matka, która jest w zarządzie fundacji i stowarzyszenia, jest rzecznikiem praw rodziców i posłała dziecko do I klasy – to był jej wybór – i działa z nami dalej, i mówi o tym, jak wygląda stan oświaty. Jej decyzja była spowodowana faktem, że nie miała możliwości wyboru. Jej dziecko musiało iść do I klasy, ponieważ w szkole, którą wybrała dla niego, nie było zerówek. Myślę, że to też jest dosyć ważny aspekt tej sprawy, że w tej chwili wiele samorządów wymusza na rodzicach posłanie dziecka do I klasy, ponieważ, jak wiemy, subwencja oświatowa motywuje samorząd, żeby „zachęcał” rodziców do tego, po prostu ograniczał ilość zerówek.

Warszawa tutaj wiedzie prym. Najpierw zlikwidowano wszystkie zerówki w przedszkolach. Dzisiaj dzwonili do nas rodzice z Ursynowa, z Mokotowa i mówili: informowaliście, że nie będzie zerówek w szkołach. Tak więc ten wolny wybór rodziców, o którym tutaj dużo mówiono, jest niestety bardzo często fikcją. Pan Artur Ostrowski z Sojuszu Lewicy Demokratycznej mówił, że obraz, który przedstawialiśmy państwu, to jest jakiś margines, patologia.

Przepraszam bardzo, ale kiedy mówimy nie o jednej szkole z dużego miasta, jakim jest Szczecin, Poznań, Warszawa, tylko tych relacji – to nie są pojedyncze relacje – mamy po kilkanaście nawet, to już nie jest to margines, to już nie jest to jakaś patologia, tylko to jest norma. A więc starajmy się jednak nie idealizować rzeczywistości, bo to nas do niczego nie doprowadzi. Myślę, że przyglądanie się problemom pozwoli nam na poprawę tego. To jest tak jak z chorym. Ignorowanie choroby nie uleczy pacjenta.

Tutaj jak gdyby wszyscy zwolennicy reformy zachęcają nas, rodziców, żebyśmy ignorowali problemy. W ten sposób problemów polskiej edukacji nie rozwiążemy. Musimy je zdiagnozować, a nie je ignorować, i naprawiać sytuację. Pan poseł Artur Ostrowski mówił też o tym, iż sześciolatki są gotowe do pójścia do szkoły. Do tej pory dzieci były klasyfikowane do szkoły przez poradnie psychologiczno-pedagogiczne.

Takie badania przechodził średnio 1% dzieci. Przypomnę, że przed wprowadzeniem ustawy w roku 2009 dostępne były stosowne badania, np. badania psychologiczne ponad 800 sześciolatków z Nowej Huty, które wykazały, że blisko 40% z nich nie nadaje się do nauki w szkole. Zdiagnozowano u nich m.in. wady wymowy, zaburzenia słuchu fonemowego, zaburzenie percepcji wzrokowej, wiele badanych dzieci pisało raz lewą, raz prawą ręką, a ponadto nie potrafiło utrzymać w ręku dłużej ołówka.

Ja nawet nie mówiłabym tutaj o zaburzeniach, bo to są naturalne ograniczenia rozwojowe dzieci. W pewnym wieku, w wieku niemowlęcym, dzieci raczkują, nie potrafią jeszcze chodzić, i to nie jest zaburzenie, to jest naturalny etap rozwoju. Tak samo sześciolatek ma prawo jeszcze mieć nierozwinięty odpowiednio słuch fonemowy, ma prawo jeszcze mieć nieskostniały nadgarstek. To nie jest patologia, to jest norma. Jak widzimy, 40% dzieci według tych badań nie było gotowych do pójścia do I klasy.

Pani Aleksandra Trybuś z Platformy Obywatelskiej sugerowała, aby rodzice skoncentrowali się na działaniach w samorządzie. Otóż rodzice, którzy zgłaszają się do stowarzyszenia, którzy piszą listy, których opinie o szkołach zawarte są w raporcie, naprawdę starają się robić bardzo wiele lokalnie, w sprawie swoich szkół, ale niestety napotykają mur. To znaczy dyrektor szkoły na każde pytanie, na każdą prośbę, na każdą sugestię odpowiada, po pierwsze: ja nie mam na to pieniędzy, a po drugie: ja nie mam takiego obowiązku. Dyrektor szkoły ma prawo stworzyć 35-osobową klasę, dyrektor szkoły ma prawo wprowadzić system dwuzmianowy w szkole. On do tego ma prawo.

Jakie rodzic ma narzędzie do tego, żeby cokolwiek na tym dyrektorze wymusić? Nie ma żadnych narzędzi. A więc sugerowanie, żebyśmy się skoncentrowali na samorządzie, jest, mówiąc kolokwialnie, trochę kpiną z obywatela, bo obywatel nic nie może zrobić. Pan Marek Rząsa z Platformy Obywatelskiej mówił, że obecnie zmienił się poziom aspiracji, że mamy postęp informatyczny itd. Wrócę do porównania z niemowlęciem.

Mianowicie to, że mamy dzisiaj iPody, że mamy Facebooka i powszechny dostęp do Internetu – nie wiem, co jeszcze z nowinek technologicznych wymienić – nie sprawia, że niemowlę zaczyna szybciej raczkować, szybciej mówić. Dzieci rozwijają się w tym samym tempie. One oczywiście mogą mieć większą wiedzę szybciej. Inaczej powiem. Za naszych czasów, kiedy myśmy byli młodzi, nie było Facebooka, więc nie mogliśmy się go nauczyć, nie było iPodów, więc nie mogliśmy ich poznać.

Za to zachwycaliśmy naszych dziadków tym, że rozkręcaliśmy komunijne zegarki. I też dziadkom się wydawało: ach, jak te dzieci się szybko rozwijają, bo za naszych czasów zegarków nie było, więc dzieci ich nie rozkręcały. A więc, szanowni państwo, rozwój człowieka nie przyspieszył. Inaczej byśmy się zamienili bardzo szybko w cyborgi. Rozwijamy się w tym samym tempie i nie możemy, rozmawiając o rozwoju dziecka, zapomnieć o jego emocjach, które rozwijają się w tym samym tempie co kiedyś.

Powiem więcej: mam wrażenie, że dzisiaj dzieci są narażone na dużo więcej niebezpieczeństw, ponieważ otacza je ogromny chaos, otacza je wiele bodźców i bardzo często dzieci z tym nadmiarem bodźców sobie po prostu nie radzą, mamy problemy ADHD. Tak mogłabym mówić długo, ale już, szanując państwa czas, będę się streszczać. Pani Danuta Pietraszewska z Platformy Obywatelskiej mówiła, że dzieci oczekują szansy edukacji właśnie szkolnej. Mam pytanie: Czy dzieci nie miały szansy na edukację w zerówkach przedszkolnych? Czy tam działa się im jakaś krzywda?

Czy tam były w jakiś sposób ograniczone? Ależ nie, one tam były edukowane. To przynosiło świetne efekty. Dlaczego my to psujemy? Też tu kilka osób mówiło o tym, że jest tyle szkół, w których już są sześciolatki, że w większości szkół już są sześciolatki, więc o co nam chodzi.

Sama obecność sześciolatka w szkole nie jest tożsama z tym, że szkoła jest przygotowana na jego obecność. Pamiętajmy, że szczególnie w naszym kraju prowizorki są niesamowicie trwałe. I bardzo często tak właśnie jest, że sześciolatki są w szkole, że męczą się w tej szkole, ale już nikt tego nie zmieni, bo przecież skoro są, no to już są, to już nie trzeba nic zmieniać. Pani Małgorzata Pępek z Platformy Obywatelskiej mówiła o konieczności reformy. My, rodzice, jednak będziemy się upierać, że najważniejsze jest dobro dziecka i reformy powinny być robione dla dziecka, a nie dziecko powinno być podporządkowywane koniecznym reformom.

Na to rodzice nie wyrażają zgody, na takie myślenie o edukacji. Pani i inni posłowie zarzucali przedstawicielom inicjatywy ustawodawczej brak analiz dokonanych przez odpowiednie organy, tak jakby społeczny raport był czymś mniej istotnym niż analizy sanepidu, o których chociażby mówiłam. Otóż mam wrażenie, że ten zarzut powinien być kierowany jednak w stronę ministerstwa, bo to ministerstwo powinno przedstawiać twarde dane na temat stanu przygotowania szkół, na temat statystyk, ilu sześciolatków nie poradziło sobie w I klasie, w ilu szkołach nie ma ciepłej wody itd. Ministerstwo tego nie robi, ponieważ, tak jak już powtarzałam wielokrotnie, boi się prawdy. Pan Lucjan Pietrzczyk z Platformy Obywatelskiej mówił tutaj dużo o tym, jak wspaniale są zorganizowane szkoły na jego terenie.

Myślę, że mówił to z perspektywy kuratora oświaty. Sugeruję panu posłowi, aby zapoznał się z raportem i na przykład poczytał o tym, co dzieje się w Kielcach. Jest to dość duże miasto. Na przykład Kielce, Szkoła Podstawowa nr 25: Toalety są obskurne i dzieciaki nie mogą wyciskać sobie mydła do rąk, bo dozownik jest tak skonstruowany, że dorosły ma trudności przy wyciskaniu. Czyli jest to też jakaś forma oszczędności, prawda?

Pomysłowe. Tak mogłabym czytać długo. Szkoła nr 27... Szanując państwa czas, odsyłam do raportu. Proszę się z nim zapoznać.

Dziwię się, że posłowie, którzy mówili o tym, jak świetlany jest stan edukacji w ich regionach, nie zapoznali się z raportem i z tymi doniesieniami o konkretnych szkołach, w których po prostu dzieje się bardzo źle. Ten sam argument dotyczy pani Urszuli Augustyn, która wywodzi się z Tarnowa. Do nas dzwonią rodzice z Tarnowa, którym likwidują w tej chwili przedszkola, już nawet nie szkoły, ale przedszkola, te deficytowe przedszkola, które powinniśmy w tej chwili masowo budować, a nie je likwidować.

(Poseł Urszula Augustyn: Jest pełno wolnych miejsc w przedszkolach.)

W Tarnowie? Wie pani co? Przekażę pani telefon do mamy z Tarnowa, niech jej to pani powie. To będzie na pewno bardzo owocna dyskusja. I teraz na koniec odniosę się do wypowiedzi pana ministra Sławeckiego.

Fakt, że zostało wprowadzone rozporządzenie o tym, że szkoły mają zapewnić dzieciom ciepłą wodę, nie jest niestety tożsamy z tym, że one to zrealizowały. Po raz kolejny już wracam do relacji sanepidu ze szkół pomorskich – co ósma szkoła ma z tym problem. A więc niestety od samego zarządzenia rzeczywistość automatycznie się nie zmienia. Warto, żeby ministerstwo edukacji zainteresowało się tym problemem i zaczęło reagować. Bardzo mnie też zaniepokoiła pańska wypowiedź o tym, że za czasów reformy Handkego w pańskiej szkole, gdzie był pan dyrektorem, były klasy 37-osobowe i że mamy jakiejś pokory wobec tego faktu nabyć.

Czy mam przez to rozumieć, że pan minister wzywa do pokory sześciolatki? Mam nadzieję, że nie. Jeśli się chcemy do czegoś porównywać, to ja bym wolała, żebyśmy się porównywali do standardów europejskich, gdzie 37-osobowych klas jednak nie ma. I też taki argument. Pan minister mówił – pan minister mówił bardzo wiele rzeczy, odniosę się tylko do takich, które zdążyłam zanotować – że kiedyś trzeba wprowadzać reformę i że tutaj kryzys nie jest przeszkodą.

Bardzo apeluję do pana ministra, żebyśmy naprawdę trzymali się rzeczywistości i żebyśmy nie opowiadali sobie bajek. My jesteśmy grzecznymi rodzicami i naprawdę nie opowiadajcie nam państwo bajek, to jest niepoważne. Mamy kryzys, tnie się wydatki na wszystkim, oszczędza się na wszystkim, więc jeżeli się mówi, że trzeba reformę robić, to znowu wracamy do tego dogmatu, że reforma jest najistotniejsza. Nie jest istotne dobro dziecka, istotna jest reforma. W ten sposób, jak myślę, nie znajdziemy porozumienia na linii ministerstwo edukacji – rodzice.

Jest także kwestia ocen w skali od 1 do 6. Ten fragment listu, który odczytywałam, to był fragment tylko jednego z listów na ten temat, ale o tym mówią rodzice z różnych części Polski, z różnych szkół. Mimo że – i ci rodzice o tym wiedzą – dzieci w klasach I–III nie powinny być oceniane w skali ocen cyframi, tylko te oceny powinny być opisowe, to jednak tak się nie dzieje. Nauczyciele są bardzo przyzwyczajeni do starego systemu i bardzo często dziecko dostaje starym trybem oceny, właśnie jedynki, dwóje, lub też, co dla dziecka jest równie deprymujące, dostaje tzw. smutne buźki.

Smutna buźka – jaki to jest komunikat dla sześciolatka? Jesteś po prostu beznadziejny, nie radzisz sobie. Te opisy stanu emocjonalnego sześciolatków, które czytałam, pokazują, co się z tymi dziećmi w tych szkołach dzieje. Mówił pan również o „Orlikach”, że jest tyle wspaniałych „Orlików”. Rzeczywiście, do nas się zgłaszają rodzice z miejscowości, gdzie stoi wspaniały „Orlik” obok szkoły.

Co z tego, że stoi „Orlik”, skoro szkoła jest likwidowana? Nawet jakby te dzieci chciały na „Orliku” pograć – co też rzadko się zdarza, dlatego że „Orliki” są najczęściej zarezerwowane dla imprez samorządowych, dzieci tam rzadko mają wstęp, a nawet jak mają, to samorządom brakuje na etaty dla opiekunów, którzy by się tymi dziećmi na „Orlikach” zajmowali – to dzieci będą spędzały większość czasu w gimbusach, kursując do szkół oddalonych o kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów, więc już nie będą miały czasu, żeby na „Orliku” pograć. Kolejna kwestia to jest angielski. Wszystkie dzieci na pewno bardzo chętnie chciałyby się uczyć angielskiego. Dzieci są ciekawe nowego języka.

Mówię to jako germanistka. Natomiast problemem jest to, że w klasach I–III nie ma podziału na grupy. Dzieci uczą się w 30-osobowych klasach. Tak jest w klasie mojego syna, któremu niestety, mam wrażenie, ta edukacja przynosi więcej szkody niż pożytku, ponieważ w takich warunkach, w momencie kiedy dzieci nie rozumieją, co się do nich mówi, jest to nowy język dla nich, czują się wyobcowane i tracą ochotę do nauki. Nauczyciel musi wprowadzać jakiś rygor na takich lekcjach.

Są wprowadzane kary, na przykład dzieci muszą rozwiązywać zadania na stojąco, po to, żeby je utrzymać właśnie w ryzach.

(Poseł Ewa Żmuda-Trzebiatowska: Niech już pani przestanie, przecież tego nie da się już słuchać.)

(Poseł Cezary Olejniczak: Dajmy pani naprawdę czas na skończenie.)

(Poseł Marzena Dorota Wróbel: Proszę państwa, trochę pokory, trzeba mieć odwagę tego wysłuchać.)

(Przewodnictwo w obradach obejmuje wicemarszałek Sejmu Cezary Grabarczyk)

Wicemarszałek Cezary Grabarczyk: Proszę o ciszę.

(Głos z sali: Tak nie można reagować.)

Wicemarszałek Cezary Grabarczyk: Pani poseł... Proszę kontynuować.

Pani poseł, nie chciałabym odnosić się do wątków osobistych, ale taką karę otrzymał mój syn, który nie chciał uważać na lekcji angielskiego. Mój syn jest z grudnia i faktycznie jest w tej chwili sześciolatkiem, jest w pierwszej klasie i taką otrzymał karę. I tak wygląda rzeczywistość w odniesieniu do anglistów w polskich szkołach. Mają klasy rozhasanych sześciolatków, których nie da się inaczej okiełznać niż dając im kary. W tej sytuacji pierwszy kontakt dziecka z językiem to jest strach, to jest wycofanie, to jest absolutna utrata chęci do nauki.

I mówię to znowu z perspektywy germanisty, który wie coś o uczeniu dzieci i wie coś o tym, że w klasie trzydziestoosobowej nauka języka obcego to jest po prostu farsa. Mówmy o konkretach, pani poseł, dobrze? Odsyłam panią poseł do szkół w pani regionie i zachęcam do lektury społecznego raportu, w którym są opisane szczegółowo szkoły również ze Szczecina. Dziękuję bardzo.

(Oklaski)

Po zalogowaniu się, będziesz mógł otrzymywać powiadomiania o pracach intereujących Cię posłów, lub postępie prac nad interesującymi Cię projektami.